Nie wiesz? Zapytaj ciała.

Dariusz Tkaczyk

Artykuł ukazał się w czasopiśmie „Terapia uzależnienia i współuzależnienia” Numer 3/2012 (Rok XV). Udostępniony za zgodą redakcji.

 

Focusing oznacza skupienie. W terapii skupienie jest czymś oczywistym. Terapeuta skupia się na tym co sam przeżywa, relacji z pacjentem oraz jego przeżyciach samych w sobie. Pacjent robi to samo. Chociaż w różnych podejściach terapeutycznych różne są sposoby i proporcje, to wyżej wymienione obszary skupienia muszą zostać uwzględnione. Dzieje się tak nie dlatego, że ktoś to wymyślił. Wynika to z pewnej uniwersalnej zasady, która obowiązuje niezależnie od tego, czy ktoś ją zna i czy się z nią zgadza. Brzmi ona: „Do znaczącego kontaktu dochodzi wtedy, gdy ludzie starają się być tak świadom i obecni, jak to tylko możliwe.”

 

Eugene Gendlin, najważniejszy teoretyk focusingu nie jest wynalazcą techniki zwiększającej ludzkie możliwości. Nigdy się też za takiego nie uważał. Praktykując terapię w podejściu zorientowanym na klienta zastanawiał się jedynie na tym, nad czym co jakiś czas zastanawia się każdy z nas. Czemu jedni pacjenci bardziej korzystają z terapii a inni mniej, mimo tego, że jesteśmy mniej więcej tak samo zaangażowani, empatyczni, akceptujący i autentyczni (jeśli nurt w którym pracujemy dopuszcza to ostatnie).

Powszechnie uznawane wyjaśnienie: „jedni są bardziej chorzy, inni zaś zdrowsi” nie wydawało mu się zapewne zadowalające. Zauważył, że ci klienci, którzy czynią większe postępy, bardziej zwracają uwagę na odczucia cielesne. Chcąc uczyć tego innych pacjentów zaczął analizować i opisywać, co oni właściwie robią. Tak rozwinął metodę focusingu.

 

Od strony teoretycznej focusing doskonale wpisuje się w założenia terapii humanistycznej. Klient jest postrzegany jako ktoś, kto posiada wewnątrz siebie całą potrzebną mu wiedzę na temat tego, jak żyć i samorealizować się. Jeśli z niej w jakichś obszarach życia nie korzysta, to jest to wynikiem zewnętrznych interwencji, które nauczyły go działać z pominięciem tej wiedzy oraz własnych potrzeb na rzecz uzyskania zewnętrznej akceptacji. Aby odnaleźć z powrotem zagubioną mądrość, potrzebuje wejść w relację terapeutyczną opartą na bezwarunkowej akceptacji i empatii komunikowanych w sposób autentyczny.

Jak jednak wyżej wspominałem, jedni pacjenci reagują na takie korektywne przeżycie, jak grzyby na deszcz, inni zaś mają poważne trudności w uzyskaniu wewnętrznych odpowiedzi na nurtujące ich problemy. Z początku wydaje się, że chodzi o to, iż nie rozumieją świata emocji, więc stopniowo pomaga im się uzyskać do niego dostęp. Jak już go jednak uzyskają, nieraz okazuje się, że odpowiedzi, jakich sobie udzielają na temat siebie, są dalej niepełne lub mylące.

By wyjaśnić, czemu tak się dzieje wprowadzić warto najważniejsze pojęcie focusingu: „felt sense”.

Tłumacząc je dosłownie otrzymujemy termin „odczuwalne poczucie”, więc lepiej opiszę go bardziej szczegółowo. Mówiąc o odczuwalnym poczuciu Gendlin i inni ważni dla tego nurtu teoretycy (Leijssen, Iberg, Friedman, Weiser, Schillings) mają na myśli coś, co można określić jako wiedzę ciała. „Ciało „wie” wszystko o każdej z Waszych sytuacji. Obejmuje o wiele więcej jej aspektów, niż te, o których możecie pomyśleć” (Gendlin, 2007).

Wyżej opisana właściwość „obiektywu szerokokątnego”, którą opisuje powyżej Gendlin jest tylko jedną z kilku odróżniających „felt sense” od emocji, choć zapewne najważniejszą. Emocja jest czymś jakby węższym. Kontaktuje nas z tym co już i tak wiemy o jakiejś sytuacji a nawet eliminuje peryferyjną część odczuwania zostawiając to, co najwyraźniejsze i najbardziej specyficzne. Jest też bardziej statyczna, ponieważ częściowo uczymy się ją przeżywać tak a nie inaczej. Ponieważ ma charakter uniwersalny i rozumowo wytłumaczalny okolicznościami (np. teraz ktoś mnie obraził, to się gniewam). Z tego powodu wiele osób zanim naprawdę poczuje całą paletę emocji związanych z jakąś sytuacją lub problemem, nawet tego nie zauważając idzie na skróty. Intelekt podpowiada im, co się czuje zazwyczaj lub co oni zazwyczaj czują w danej sytuacji. W ten sposób u ludzi nie zwracających uwagi na doznania z ciała może się wytworzyć błędne koło wciąż na nowo dokonywanych tych samych odkryć. Każdy terapeuta pracujący dłużej w zawodzie natknął się przynajmniej kilkakrotnie na kogoś takiego. Pacjent przychodzi, mówi, że już wiele lat pracuje nad sobą z różnymi terapeutami. Pamięta z detalami swoje dzieciństwo i opisując je używa bogatej palety emocji. Twierdzi jednak, że poza pewną ulgą wynikającą z większej świadomości siebie, nic z tego w jego życiu nie wynika. Dalej stoi w miejscu. Smutne , prawda?

Felt sense oprócz tego, że jest szerszy od emocji, jest też bardziej zróżnicowany. Gdy się na nim koncentrujemy, możemy zauważyć jego dynamiczną, cały czas zmieniającą się zawartość. Może zawierać w sobie wiele sytuacji, czasem zaskakująco różnych. Pierwszą reakcją na coś takiego u kogoś, kto do tej pory nie zwracał uwagi na ciało może być pytanie: „Co ma piernik do wiatraka?” a następnie odrzucenie nowego odkrycia i poszukanie czegoś bardziej przekonującego intelektualnie.

Tu właśnie przydaje się towarzysz (ang. companion). Wita on z równym zainteresowaniem wszystko, co pojawia się w strumieniu świadomości klienta. Ponieważ sam czuje się bezpiecznie w swoim procesie i wie, że w końcu ciało znajdzie odpowiedź, może w sposób przekonujący modelować postawę cierpliwego zaufania. W ten sposób, krok po kroku klient uczy się, jak być swoim własnym terapeutą. Stopniowo rezygnuje z wymyślania rozwiązań i ze zdumieniem odkrywa, że ciało zaczyna z nim „rozmawiać” dzieląc się swoją wiedzą. To, co zaskakujące, zamazane i nieczytelne, staje się stopniowo wyraźne i zrozumiałe. Towarzysz wspiera jedynie „wewnętrznego terapeutę” klienta. Nie zajmuje się rozwiązywaniem problemów bezpośrednio.

 

Na początku sesji towarzysz pyta klienta, co domaga się jego uwagi w danej chwili. Jeśli ten nie wie, pomocne może być porządkowanie przestrzeni. Uwaga zostaje skierowana do wewnątrz ciała. Wszystkie dostępne spostrzeżenia, doznania cielesne, tematy, uczucia zostają wymienione i odłożone na swoje miejsce. Chodzi tutaj o krótki kontakt a nie zajmowanie się od razu ich zawartością. Gdy klient upewni się, że wspomniał o wszystkim, co go w jakiś sposób zaprząta lub martwi, może wybrać coś, czym chce się zająć.

Jeśli jest zbyt zdystansowany do własnego ciała, towarzysz może pomóc mu zbliżyć się do odczuć poprzez różne narzędzia np. ruch, muzykę, rysunek itd. Gdy z kolei jest przytłoczony przez liczne i silne doznania, można zastosować różne techniki wyobrażeniowe takie jak poproszenie go, by wyznaczył problemowi jakieś miejsce na zewnątrz siebie lub stworzył metaforę.

Jak już klient jest w odpowiednim kontakcie ze sobą, doświadcza zazwyczaj wewnątrz czegoś z początku niejasnego, co dzięki własnej zgodzie i obecności towarzysza może bezpiecznie odczuwać na różne sposoby mimo doznawanego niejednokrotnie cierpienia. Następnie stara się znaleźć słowny lub obrazowy symbol tego, czego doświadcza. Dzieje się to poprzez swoisty dialog pomiędzy wyobraźnią a ciałem. Pojawieniu się rozwiązania towarzyszy widoczna ulga i satysfakcja. Nierzadko zaraz potem pojawia się wewnętrzny proces nazywany „wewnętrznym krytykiem”, który próbuje umniejszyć lub zanegować zmianę. Zwłaszcza, gdy odkrycie jest subtelne i nie oznacza upragnionego przełomu, klient może łatwo zadać sobie pytanie: „I co? To nad tym pracowałeś przez całą sesję?” Towarzysz stara się pomóc mu posmakować i docenić to, czego doznał.

Stopniowo z sesji na sesję klient ma okazję doświadczyć rosnących korzyści zarówno w obcowaniu ze sobą jak i z otoczeniem.

Metody doświadczeniowe, zwłaszcza związane z ciałem, mają opinię „głębokich” i „mocnych” a przez to niebezpiecznych. Ciągnie się ona za nimi od rewolucji terapeutycznej lat 60-tych i 70-tych, kiedy bardzo dużo eksperymentowano w tej dziedzinie. Inwazyjne techniki i nacisk na przeżycie katharsis owocowały różnymi nadużyciami i załamaniami psychicznymi. Dzięki swoim Rogersowskim korzeniom focusing od początku był metodą, którą można pracować niemal z każdym pacjentem. Podczas warsztatu prowadzonego w INTRZE przez dyrektora belgijskiego Instytutu Focusingu Claude'a Missiana uczestnicy pytali o to z kim można pracować w ten sposób. Powiedział, że jedyną grupą, z którą tak nie pracuje, to psychotycy. Trudną grupą ze względu na zawikłany kontakt z własnym ciałem są osoby chore psychosomatycznie i uzależnione (we wstępnej fazie leczenia). Praca z osobami współuzależnionymi, o ile nie należą równocześnie do którejś z powyższych grup, do bardzo trudnych nie należy.

W przypadku osób współuzależnionych oraz dorosłych dzieci z rodzin z problemem alkoholowym szczególną korzyścią, jaką oferuje focusing, jest zwrócenie uwagi na wielkie bogactwo własnych przeżyć i stopniowe uczenie się ich rozumienia oraz wyrażania z uwzględnieniem ich subtelnej i ciągle się zmieniającej postaci.